Historia
Zgrupowanie AK wraz z dywizjonem 27 pułku ułanów z kresów dotarło w dniu 26 lipca 1944 r. i zakwaterowało nad Wisłą w Dziekanowie Polskim koło Puszczy Kampinoskiej. Jeszcze w ostatnich dniach lipca 1944 ułani wraz z kwatermistrzem zgrupowania por. „Jastrzębiem” Aleksandrem Wolski udali się dwa razy do Niemców, do Twierdzy Modlin oraz do magazynów niemieckich w Kazuniu, po opatrunki i lekarstwa, żywność oraz broń, amunicję i granaty. W trakcie drugich „odwiedzin” kiedy już ułani odchodzili z łupem zostali przez posterunek niemiecki ostrzelani. Jeden ułan został zabity a drugi został ranny. Reszcie ułanów z por. „Jastrzębiem” udało się powrócić do obozu.
Po tym incydencie rozkazano wymarsz do pobliskiej Puszczy Kampinoskiej. Tam pododdziały zakwaterowały się w wyznaczonych wsiach i gospodarstwach. Stoczono zwycięską walkę z Niemcami w dokonanym ataku na wieś Aleksandrów. W tej walce udział wzięli ułani chor. „Nieczaja” Zdzisław Nurkiewicza w sile; pierwszy szwadron i pluton CKM por. „Jara” przy udziale piechoty sierżanta „Opończy” Waldemara Żuchowicza. Po oczyszczeniu terenu puszczy z Niemców nazywano go „Niepodległą Rzeczpospolitą Kampinoską”. Kawaleria Nurkiewicza i szwadron CKM bez przerwy brały udział we wszystkich walkach w okolicy oraz w Powstaniu Warszawskim. We wsi puszczańskiej Krogulec gdzie mieściło się dowództwo 27 pułku ułanów zainstalowana była radiostacja KG AK, która cały czas utrzymywała łączność z Londynem, był też lazaret/szpital wojenny.
Podczas pobytu w Puszczy Kampinoskiej oddziały z nowogródczyzny stanowiły główny trzon Pułku „Palmity-Młociny”. Jego dowódcą był Adolf Pilch „Góra”, „Dolina”. W jego skład wchodziły trzy kompanie piechoty odpowiednie służby oraz kawaleria. Dowódcą 27 pułku ułanów był Zdzisław Nurkiewicz „Noc”, „Nieczaj”. Pułk składał się z następujących szwadronów:
I szwadron – dowódca Jan Jakubowski „Wołodyjowski”, „Dąb”.
II szwadron – dowódca Józef Niedźwiedzki „Szary”, „Lawina”.
III szwadron – dowódca Narcyz Kulikowski „Sum”, Narcyz”.
IV szwadron – dowódca Aleksander Pietrucki „Jawor”.
ATAK NA LOTNISKO
1 sierpnia 1944 roku wybucha Powstanie Warszawskie. Zgodnie z wcześniejszymi planami siły AK z Puszczy Kampinoskiej zaatakowały lotnisko na Bielanach. Atak okupiony został stratami. Następnego dnia, Józef Krzyczkowski „Szymon” dowodzący oddziałami, postanowił powtórzyć atak. Tego dnia miał już do dyspozycji także partyzantów z nowogródczyzny, w tym liczący 231 ułanów dywizjon kawalerii.
Atakujących lotnisko osłaniały dwa szwadrony ( I i II) 27 pułku ułanów pod dowództwem chorążego „Zbycha”. Spieszeni ułani zajęli stanowiska w lewo od szosy Warszawa-Modlin, na wschodnim skraju Młocin, frontem na Buraków. Na to ubezpieczenie wjechała niemiecka kolumna samochodów ciężarowych z piechotą. Podczas walki zniszczono 4 pojazdy. Dopiero z chwilą dotarcia na miejsce walki niemieckiej broni pancernej dowodzący kawalerią zarządził odwrót.
W tym samym czasie III szwadron pod dowództwem „Suma” zamykał szosę z Modlina do Warszawy na wysokości Pieńkowa. Tu w zasadzkę ułanów także wpadła niemiecka kolumna samochodów. Zniszczono kilka z nich, zabito 26 Niemców, zdobyto 16 karabinów, 3 pistolety oraz sporo amunicji. Szwadron miał minimalne straty – był 1 poległy oraz 2 rannych.
„PSIE POLE”
3 sierpnia , 3 kompania Zgrupowania Stołpeckiego kwaterowała w Janówku. Na ubezpieczenie natknął się liczący około 250 żołnierzy oddział niemiecki. Rozpoczęła się walka. Ubezpieczenie zostało wsparte przez 3 kompanię natomiast III szwadron pod dowództwem „Narcyza” otrzymał rozkaz by obejść Niemców z tyłu i z boku. Oddziały AK zaczęły zamykać kocioł. Nie ryzykują jednak frontalnego szturmu, który kosztował by ich zbyt wielu zabitych. Zamiast tego przytłaczają Niemców ogniem i systematycznie likwidują wrogów ukrytych w pagórkowatym terenie. W niektórych miejscach walczono na granaty. Wreszcie niemiecka obrona pękła. Walka dobiegła końca.
Podczas pobytu w Puszczy Kampinoskiej oddziały z nowogródczyzny stanowiły główny trzon Pułku „Palmity-Młociny”. Jego dowódcą był Adolf Pilch „Góra”, „Dolina”. W jego skład wchodziły trzy kompanie piechoty odpowiednie służby oraz kawaleria. Dowódcą 27 pułku ułanów był Zdzisław Nurkiewicz „Noc”, „Nieczaj”. Pułk składał się z następujących szwadronów:
I szwadron – dowódca Jan Jakubowski „Wołodyjowski”, „Dąb”.
II szwadron – dowódca Józef Niedźwiedzki „Szary”, „Lawina”.
III szwadron – dowódca Narcyz Kulikowski „Sum”, Narcyz”.
IV szwadron – dowódca Aleksander Pietrucki „Jawor”.
ATAK NA LOTNISKO
1 sierpnia 1944 roku wybucha Powstanie Warszawskie. Zgodnie z wcześniejszymi planami siły AK z Puszczy Kampinoskiej zaatakowały lotnisko na Bielanach. Atak okupiony został stratami. Następnego dnia, Józef Krzyczkowski „Szymon” dowodzący oddziałami, postanowił powtórzyć atak. Tego dnia miał już do dyspozycji także partyzantów z nowogródczyzny, w tym liczący 231 ułanów dywizjon kawalerii.
Atakujących lotnisko osłaniały dwa szwadrony ( I i II) 27 pułku ułanów pod dowództwem chorążego „Zbycha”. Spieszeni ułani zajęli stanowiska w lewo od szosy Warszawa-Modlin, na wschodnim skraju Młocin, frontem na Buraków. Na to ubezpieczenie wjechała niemiecka kolumna samochodów ciężarowych z piechotą. Podczas walki zniszczono 4 pojazdy. Dopiero z chwilą dotarcia na miejsce walki niemieckiej broni pancernej dowodzący kawalerią zarządził odwrót.
W tym samym czasie III szwadron pod dowództwem „Suma” zamykał szosę z Modlina do Warszawy na wysokości Pieńkowa. Tu w zasadzkę ułanów także wpadła niemiecka kolumna samochodów. Zniszczono kilka z nich, zabito 26 Niemców, zdobyto 16 karabinów, 3 pistolety oraz sporo amunicji. Szwadron miał minimalne straty – był 1 poległy oraz 2 rannych.
„PSIE POLE”
3 sierpnia , 3 kompania Zgrupowania Stołpeckiego kwaterowała w Janówku. Na ubezpieczenie natknął się liczący około 250 żołnierzy oddział niemiecki. Rozpoczęła się walka. Ubezpieczenie zostało wsparte przez 3 kompanię natomiast III szwadron pod dowództwem „Narcyza” otrzymał rozkaz by obejść Niemców z tyłu i z boku. Oddziały AK zaczęły zamykać kocioł. Nie ryzykują jednak frontalnego szturmu, który kosztował by ich zbyt wielu zabitych. Zamiast tego przytłaczają Niemców ogniem i systematycznie likwidują wrogów ukrytych w pagórkowatym terenie. W niektórych miejscach walczono na granaty. Wreszcie niemiecka obrona pękła. Walka dobiegła końca.
Zabito 70 Niemców. Ich straty mogły być jeszcze większe gdyby nie to, że duża część oddziału wycofała się na południe głębokim rowem o istnieniu którego partyzanci nie wiedzieli. Do niewoli wzięto 15 jeńców, ale gdy okazało się, że to Mazurzy i Warmiacy puszczono ich wolno. Podczas walki zdobyto: 30 karabinów, 1 rkm, 4 pistolety maszynowe, 10 pistoletów oraz wiele amunicji i wyposażenia. Z powodu wielkiej ilości trupów niemieckich na stosunkowo niedużym terenie, miejsce walki nazwano „Psim Polem”. Zwycięstwo okupione zostało jednak wysokimi stratami. Ze wszystkich polskich oddziałów biorących udział w walce poległo 11 zaś 10 było rannych.
KIŚCIENNE
29 sierpnia placówka AK pod Kiściennym została zaatakowana przez niemiecki oddział próbujący otworzyć drogę na Kazuń. Nieprzyjacielska kolumna przeszła wąski pasek lasu i jej ubezpieczenie skierowało się wprost na partyzancki szpital ulokowany
KIŚCIENNE
29 sierpnia placówka AK pod Kiściennym została zaatakowana przez niemiecki oddział próbujący otworzyć drogę na Kazuń. Nieprzyjacielska kolumna przeszła wąski pasek lasu i jej ubezpieczenie skierowało się wprost na partyzancki szpital ulokowany
w Krogulcu. Do walki wszedł III szwadron pod dowództwem „Narcyza” który na odkrytej przestrzeni zaatakował z flanki niemiecką kolumnę. Rozpoczęła się rzeź zaskoczonych Niemców. Ci którzy cofali się do lasu dostali się pod ogień jednego z ułańskich plutonów, który zdążył tam zająć stanowiska. Zwycięstwo przekroczyło najśmielsze oczekiwania: zginęło 140 Niemców przy stratach własnych jeden zabity i jeden ranny. Podczas walki zdobyto oczywiście broń i wyposażenie.
TRUSKAW
Od początku września ubezpieczenie stacjonujące we wsi Pociecha zostało obłożone nieustannym ostrzałem artyleryjskim prowadzonym z rejonu miejscowości Truskaw. Dowódca pułku postanowił głębokim wypadem zlikwidować niemiecki oddział ochraniający artylerię, liczył on wedle szacunków około 500 żołnierzy. Termin akcji wyznaczono na 2 września, a w nocnym ataku miało wziąć udział jedynie 80 wyśmienicie uzbrojonych partyzantów.
Nocny atak przyniósł niesamowity sukces. Straty nieprzyjaciela były olbrzymie. Zniszczono kilkanaście dział artyleryjskich oraz wysadzono w powietrze około 30 wozów załadowanych amunicją artyleryjską. Zdobyto wiele broni. Niemieckie straty w ludziach trudno ocenić. Dowodzący akcją, na podstawie późniejszych meldunków łączniczek (Niemcy zorganizowali pogrzeb poległych) podaje, że zginęło ich około 250, a rannych zostało około 100. Tomasz Zatwarnicki podaje natomiast, że w akcji zginęło 91 żołnierzy RONA i Niemców. Straty atakujących oddziałów AK były zdumiewająco małe i wynosiły jedynie siedmiu poległych.
Równolegle z atakiem na Truskaw III szwadron miał zaatakować oddziały nieprzyjaciela stacjonujące w Sierakowie. Jak się jednak okazało tuż przed atakiem oddział ten opuścił stanowiska i na noc przeniósł się do głównego oddziału w Truskawiu.
MARIANÓW
Już następnej nocy (3 września) przeprowadzono akcję planowaną już od dawna. Jej celem była miejscowość Marianów, w innej części Puszczy Kampinoskiej) gdzie stacjonowały dwie kompanie RONA dowodzone przez Niemców. Oddział około 80 ułanów wyselekcjonowanych ze szwadronów 2 i 4 pod dowództwem „Nieczaja”, „Dąbrowy” i „Lawiny” zaatakował wieś od strony południowej gdzie nie były wystawione ubezpieczenia. Grupa szturmowa została podzielona na siedem części - w tylu domach kwaterowali
okupanci. Wstępnie uderzenie planowano na godzinę 24.00, ale bezchmurna księżycowa noc spowodowała przesunięcie ataku na godzinę 3.00. Zielona rakieta była sygnałem do rozpoczęcia szturmu.
TRUSKAW
Od początku września ubezpieczenie stacjonujące we wsi Pociecha zostało obłożone nieustannym ostrzałem artyleryjskim prowadzonym z rejonu miejscowości Truskaw. Dowódca pułku postanowił głębokim wypadem zlikwidować niemiecki oddział ochraniający artylerię, liczył on wedle szacunków około 500 żołnierzy. Termin akcji wyznaczono na 2 września, a w nocnym ataku miało wziąć udział jedynie 80 wyśmienicie uzbrojonych partyzantów.
Nocny atak przyniósł niesamowity sukces. Straty nieprzyjaciela były olbrzymie. Zniszczono kilkanaście dział artyleryjskich oraz wysadzono w powietrze około 30 wozów załadowanych amunicją artyleryjską. Zdobyto wiele broni. Niemieckie straty w ludziach trudno ocenić. Dowodzący akcją, na podstawie późniejszych meldunków łączniczek (Niemcy zorganizowali pogrzeb poległych) podaje, że zginęło ich około 250, a rannych zostało około 100. Tomasz Zatwarnicki podaje natomiast, że w akcji zginęło 91 żołnierzy RONA i Niemców. Straty atakujących oddziałów AK były zdumiewająco małe i wynosiły jedynie siedmiu poległych.
Równolegle z atakiem na Truskaw III szwadron miał zaatakować oddziały nieprzyjaciela stacjonujące w Sierakowie. Jak się jednak okazało tuż przed atakiem oddział ten opuścił stanowiska i na noc przeniósł się do głównego oddziału w Truskawiu.
MARIANÓW
Już następnej nocy (3 września) przeprowadzono akcję planowaną już od dawna. Jej celem była miejscowość Marianów, w innej części Puszczy Kampinoskiej) gdzie stacjonowały dwie kompanie RONA dowodzone przez Niemców. Oddział około 80 ułanów wyselekcjonowanych ze szwadronów 2 i 4 pod dowództwem „Nieczaja”, „Dąbrowy” i „Lawiny” zaatakował wieś od strony południowej gdzie nie były wystawione ubezpieczenia. Grupa szturmowa została podzielona na siedem części - w tylu domach kwaterowali
okupanci. Wstępnie uderzenie planowano na godzinę 24.00, ale bezchmurna księżycowa noc spowodowała przesunięcie ataku na godzinę 3.00. Zielona rakieta była sygnałem do rozpoczęcia szturmu.
Grupy doskonale znające zadanie jak huragan przeszły przez wioskę niszcząc wyznaczone punkty. O szybkości akcji niech świadczy fakt, że trwała ona tylko 30 minut. Wystrzelenie białej rakiety oznaczało wycofanie się do lasu. Decyzja była słuszna bowiem tuż po tym Marianów został ostrzelany przez artylerię niemiecką stacjonującą w sąsiednich wioskach, co jeszcze bardziej powiększyło straty wroga.
Akcja w Marianowie była kolejnym triumfem kawalerii. Straty nieprzyjaciela to około 60 zabitych i 24 jeńców. Ponadto ułani zdobyli: 2 erkaemy, 7 pistoletów maszynowych, kilka koni z siodłami oraz wiele sprzętu i wyposażenia. Straty własne: 1 zabity i 5 rannych.
PIASKI KRÓLEWSKIE
W miejscowości Piaski Królewskie, na zachodnim skraju Puszczy Kampinoskiej (około 20 kilometrów od miejsca postoju kawalerii) Niemcy uruchomili tartak i na masową skalę zaczęli wycinkę sosnowego drzewostanu na potrzeby frontu. W tartaku pracowało około 100 nieuzbrojonych robotników Organizacji Todta (głównie Belgów i Francuzów), a ich ochronę stanowiło ponad 30 esesmanów. W nocy z 6 na 7 września uderzenie pod ogólnym dowództwem „Doliny” przeprowadziły następujące oddziały: kompania piechoty pod dowództwem „Lawy”, 1 i 4 szwadrony kawalerii dowodzone przez „Wołodyjowskiego” i „Jawora” oraz szwadron ckm pod dowództwem „Jara”.
Akcja w Marianowie była kolejnym triumfem kawalerii. Straty nieprzyjaciela to około 60 zabitych i 24 jeńców. Ponadto ułani zdobyli: 2 erkaemy, 7 pistoletów maszynowych, kilka koni z siodłami oraz wiele sprzętu i wyposażenia. Straty własne: 1 zabity i 5 rannych.
PIASKI KRÓLEWSKIE
W miejscowości Piaski Królewskie, na zachodnim skraju Puszczy Kampinoskiej (około 20 kilometrów od miejsca postoju kawalerii) Niemcy uruchomili tartak i na masową skalę zaczęli wycinkę sosnowego drzewostanu na potrzeby frontu. W tartaku pracowało około 100 nieuzbrojonych robotników Organizacji Todta (głównie Belgów i Francuzów), a ich ochronę stanowiło ponad 30 esesmanów. W nocy z 6 na 7 września uderzenie pod ogólnym dowództwem „Doliny” przeprowadziły następujące oddziały: kompania piechoty pod dowództwem „Lawy”, 1 i 4 szwadrony kawalerii dowodzone przez „Wołodyjowskiego” i „Jawora” oraz szwadron ckm pod dowództwem „Jara”.
Po bezgłośnym obezwładnieniu wartowników nastąpił szturm z trzech stron. Walka nie trwała długo, w jej rezultacie zginęło 33 esesmanów. Natomiast najemni robotnicy nie przejawiali żadnej ochoty do bitwy, a kilku nawet przyłączyło się do polskich oddziałów. Straty własne wynosiły 11 rannych. Zdobyto: 3 ckm-y, kilka rkm-ów, kilkadziesiąt karabinów, 5 pistoletów maszynowych, amunicję, mundury i kilka wozów żywności. Kompleks tartaczny został doszczętnie zdemolowany i zniszczony co było dla Niemców olbrzymią stratą.
„SPADAJĄCA GWIAZDA”
27 września Niemcy rozpoczęli, zakrojoną na szeroką skalę operację pod kryptonimem „Spadająca Gwiazda” podczas której mieli rozbić znajdujące się w Puszczy Kampinoskiej oddziały polskie. Ubezpieczenia partyzanckie stacjonujące w wielu miejscowościach były atakowane przez siły niemieckie. Do walki włączała się artyleria. Lotnictwo bombardowało Wiersze i Brzozówkę.
Na rozkaz majora „Okonia” (Alfons Kotowski) dowodzącego Zgrupowaniem Kampinos nocą z 27 na 28 września oddziały miały opuścić puszczę i kierować się na południe, na Kielecczyznę. Marsz nie był przygotowany. Kolumna partyzancka liczyła 2 tysiące żołnierzy
„SPADAJĄCA GWIAZDA”
27 września Niemcy rozpoczęli, zakrojoną na szeroką skalę operację pod kryptonimem „Spadająca Gwiazda” podczas której mieli rozbić znajdujące się w Puszczy Kampinoskiej oddziały polskie. Ubezpieczenia partyzanckie stacjonujące w wielu miejscowościach były atakowane przez siły niemieckie. Do walki włączała się artyleria. Lotnictwo bombardowało Wiersze i Brzozówkę.
Na rozkaz majora „Okonia” (Alfons Kotowski) dowodzącego Zgrupowaniem Kampinos nocą z 27 na 28 września oddziały miały opuścić puszczę i kierować się na południe, na Kielecczyznę. Marsz nie był przygotowany. Kolumna partyzancka liczyła 2 tysiące żołnierzy
i około 300 furmanek. W daleką drogę zabierano nawet szpital partyzancki i Niemieckich jeńców (około 100-150 osób). Jako straż
przednia szły szwadrony 2 i 4, a całą kolumnę zamykały szwadrony 1 i 3. Kolumna była rozciągnięta na wiele kilometrów co oczywiście nie uszło uwadze Niemców.
28 września, nad ranem zgrupowanie dotarło do miejscowości Bieliny. Tam miano przeczekać dzień. Czas postoju nie został jednak wykorzystany na ukrycie rannych i zmniejszenie taboru.
Następnej nocy zgrupowanie dotarło do rzeki Utraty, w rejonie Łuszczewka. Tam przez jeden, jedyny wąski przepust miała się przeprawić ogromna ilość wojska i taborów. W tym czasie „Okoń” zdecydował wreszcie aby rannych ulokować w okolicznych wioskach.
Na oczekujące na swoją kolej oddziały wjechało kilka niemieckich transporterów opancerzonych powodując panikę. Główne uderzenie przyjął na siebie 1 szwadron ułanów, który w tej walce nie miał szans. Opór stawiała także kompania piechoty dowodzona przez „Jerzego”. Ich walka pozwalała pozostałym systematycznie przeprawiać się na drugi brzeg rzeki, ale straty wśród oddziałów oraz wśród taborów były olbrzymie. Nieuchronnie zbliżała się tragedia. Do walki włączył się wtedy 3 szwadron kawalerii. Nadeszli w samą porę pozwalając pozostałym rozproszonym oddziałom ewakuować się na drugą stronę rzeczki.
przednia szły szwadrony 2 i 4, a całą kolumnę zamykały szwadrony 1 i 3. Kolumna była rozciągnięta na wiele kilometrów co oczywiście nie uszło uwadze Niemców.
28 września, nad ranem zgrupowanie dotarło do miejscowości Bieliny. Tam miano przeczekać dzień. Czas postoju nie został jednak wykorzystany na ukrycie rannych i zmniejszenie taboru.
Następnej nocy zgrupowanie dotarło do rzeki Utraty, w rejonie Łuszczewka. Tam przez jeden, jedyny wąski przepust miała się przeprawić ogromna ilość wojska i taborów. W tym czasie „Okoń” zdecydował wreszcie aby rannych ulokować w okolicznych wioskach.
Na oczekujące na swoją kolej oddziały wjechało kilka niemieckich transporterów opancerzonych powodując panikę. Główne uderzenie przyjął na siebie 1 szwadron ułanów, który w tej walce nie miał szans. Opór stawiała także kompania piechoty dowodzona przez „Jerzego”. Ich walka pozwalała pozostałym systematycznie przeprawiać się na drugi brzeg rzeki, ale straty wśród oddziałów oraz wśród taborów były olbrzymie. Nieuchronnie zbliżała się tragedia. Do walki włączył się wtedy 3 szwadron kawalerii. Nadeszli w samą porę pozwalając pozostałym rozproszonym oddziałom ewakuować się na drugą stronę rzeczki.
Straty osobowe wynosiły po stronie polskiej 20 zabitych i 10 rannych, ale straty w taborach były olbrzymie. Stracono prawie 100 wozów, a wraz z nimi wiele cennego sprzętu.
Kolumna zgrupowania pomimo walki posuwała się nadal na południe. Podczas przekraczania szosy Warszawa-Sochaczew 2. szwadron ułanów idący w straży przedniej natknął się na niemiecką kolumnę samochodów. Ułani po spieszeniu zaatakowali ją i zniszczyli otwierając drogę dla reszty oddziałów. Kolejne potyczki miały miejsce pomiędzy Stanisławowem, a Basinem, oraz w Baranowie.
Kolumna zgrupowania pomimo walki posuwała się nadal na południe. Podczas przekraczania szosy Warszawa-Sochaczew 2. szwadron ułanów idący w straży przedniej natknął się na niemiecką kolumnę samochodów. Ułani po spieszeniu zaatakowali ją i zniszczyli otwierając drogę dla reszty oddziałów. Kolejne potyczki miały miejsce pomiędzy Stanisławowem, a Basinem, oraz w Baranowie.
W Puszczy Kampinoskiej 27 pułk ułanów liczył 4 oficerów, 89 podoficerów i podchorążych oraz 507 ułanów.
Działając w ramach brygady „Palmiry-Młociny, „Grupy Kampinos” w puszczy poległo 96 ułanów, rannych zostało 126 w tym dowódca 27 pułku ułanów.
Zabito około 841 i roniono około 411 Niemców. Kawaleria chorążego Nurkiewicza przeprowadziła 26 bitw i potyczek
z nieprzyjacielem.
Paweł Stępień pseudonim „Gryf” wraca do oddziału w maju po wyleczeniu rany, którą odniósł w Zagnańsku, kiedy zginął „Mściciel”. Niemcy nie zapomnieli jednak o oddziale. Pod koniec czerwca nie udało im się rozbić oddziału podczas akcji przeprowadzonej na Światełko, miejsce ich zakwaterowania. W ramach zemsty zabili 20 osób, głównie z Kołomani, z których niektórzy byli związani z konspiracją. To wydarzenie było dla partyzantów ciężkim przeżyciem, wszak dotknęło mieszkańców wsi, która była ich oparciemi ostoją. Należało jak najszybciej podbudować morale oddziału, a najlepszym rozwiązaniem było przeprowadzenie akcji zbrojnej. Po niemieckiej obławie na miejsce kwaterowania oddziału przeniósł się on w lasy niedaleko od Kaniowa. To tam, w dniu 13 lipca, skompletował grupę 27 partyzantów, którzy następnego dnia mieli wyruszyć na zasadzkę. W jej skład, oprócz mającego dowodzić całą akcją „Gryfa”, weszli: ppor. „Narew” (Stefan Świderski), jako dowodzący jednym skrzydłem niewielkiego oddziału, kpr. pchor. „Zapora” (Zenon Zawadzki), jako jego celowniczy rkm browning wz. 28, plut. pchor. /ppor. „Murzyn” (Zygmunt Krotowski), dowodzący drugim skrzydłem, st. strz. „Kruk” (Tadeusz Robak), celowniczy drugiego rkm browning wz. 28 oraz (podaję alfabetycznie wg pseudonimów – przyp I.P.): st. strz. „Bronka” (Bronisława Jóźwik), kpr. pchor. „Czarny” (Zbigniew Gałach), pchor. „Czarny” II (posługiwał się również pseudonimem „Zygmunt” – przyp.I.P. ) (Zygmunt Kominek), „Dąb” (Tadeusz Domagała), „Fenix” (Zdzisław Gola), Józef Garliński, kpr. pchor. „Jemioła” (Tadeusz Skoniecki), „John” (zbiegły z niewoli niemieckiej żołnierz angielski, NN – przyp. I.P.), kpr. „Kochanek” (Mieczysław Koch), „Komorowski” (Władysław Ziental), „Krysia” (Zdzisław Borowiec), „Leśnik” (Marian Kondrak), „Rak” (Zenon Reczyński), „Rymps” (Roman Rudzki), plut. „Skazaniec” (Kazimierz Dziewiór), st. strz. „Sokół” (Kazimierz Jabczuga), „Sokół” II (Jerzy Naleźnik), „Trzmiel” (Jan Palus), plut. „Waga” (Jan Staniec), kpr. „Wichura” (Zygmunt Witkowski), „Wroński” (Eugeniusz Zembal), „Zagończyk” (Mieczysław Sidło) i „Zrąb” (Stanisław Duś). Uzbrojona w dwa rkm-y, parę pm-ów, karabiny, broń krótką i granaty grupa wyruszyła rano 14 lipca 1944 roku w kierunku zaplanowanego miejsca akcji, przy szosie Kielce-Skarżysko. Około 10.00 żołnierze sprawnie przeskoczyli szosę i zajęli stanowiska w gęstym, wysokopiennym lesie po jej prawej stronie. Po drugiej stronie szosy, tej, z której nadeszli, także był las, ale jego skraj był zbyt oddalony od szosy, a kilkaset metrów w prawo, na jego skraju leżała wieś Stara Występa. Stanowiska zajęte przez oddział, z taktycznego punktu widzenia, utrudniały bezpieczny odwrót po akcji, ale stwarzały niezwykle dogodne warunki do przeprowadzenia ataku. Pośrodku ugrupowania miał swoje miejsce dowodzenia „Gryf”. Na prawo od niego zajęła miejsce grupa dowodzona przez ppor. „Narwia” z obsługiwanym przez „Zaporę” rkm-em na prawym skraju. Na lewo, ukryci wśród drzew i zarośli, zalegli żołnierze podchorążego „Murzyna” z rkm-em „Kruka” na lewym skraju. Mniej więcej w połowie odległości między stanowiskiem „Gryfa”, a leżącą po drugiej stronie szosy wsią, na wysokim drzewie, na samym brzegu lasu, zajął stanowisko obserwacyjne „Krysia”, który po zobaczeniu jakichkolwiek Niemców zbliżających się od strony Skarżyska miał dać reszcie sygnał rzucając z drzewa na ziemię białą chustkę. „Gryf” ustalił z nim, że sygnał będzie dany jedynie wtedy, gdy zbliżający się Niemcy będą stanowić siłę nieprzekraczającą możliwości ogniowych niewielkiego oddziału. Szosa od strony Kielc, mimo że po dwóch stronach miała las, była doskonale widoczna na długim dystansie, ponieważ biegła prosto, bez zakrętów, po w miarę równym terenie. Rozpoczęło się oczekiwanie. Po pewnym czasie, w którym leżący w ukryciu żołnierze z niecierpliwością, aż do zmęczenia oczu, wpatrywali się w stanowisko obserwacyjne „Krysi”, z drzewa opadł wolno ku ziemi biały skrawek materiału. Leżący wzdłuż brzegu lasu dopiero po upływie kilku chwil zauważyli wyłaniające się zza zakrętu szosy, zmierzające w ich kierunku, dwie furmanki z ośmioma żandarmami. Przy obydwóch wozach szły, przywiązane do nich, cztery osiodłane pod wierzch konie. Kiedy furmanki nadjechały na wysokość stanowisk prawej grupy, ppor. „Narew” wezwał Niemców do poddania się. Żandarmi grzecznie podnieśli ręce do góry. Padł rozkaz opuszczenia furmanek. Kiedy poddający się Niemcy stanęli na szosie, „Narew” nie wytrzymał. Przeskoczył rów i ze stenem w dłoni ruszył w ich kierunku. Za nim skoczyło jeszcze paru żołnierzy z jego grupy. Jeden z poddających się żandarmów musiał zauważyć, że „Narew” nie przerepetował broni, błyskawicznie wyciągnął pistolet i strzelił. Podporucznik Świderski padł martwy na szosę, trafiony prosto w serce. Niemcom nie dano szans, mimo że po zastrzeleniu zabójcy „Narwia” reszta wykorzystała sytuację i rzuciła się do ucieczki.. Zostali zastrzeleni wszyscy. W ręce oddziału „Gryfa” wpadły: 1 pm, 6 kb i 3 pistolety. Zamieszanie, zupełnie niepotrzebne, spowodowane porywczością młodego oficera, wydłużyło czas akcji. W tym czasie od strony Kielc pojawiły się dwa samochody osobowe, przynajmniej w jednym jechali uzbrojeni niemieccy żołnierze. Ogniem rkm-u zatrzymał ich „Kruk”, dając kolegom czas na zabranie martwym żandarmom zdobytej broni i wycofanie się z szosy z powrotem do lasu. Kiedy „Kruk” i reszta grupy „Murzyna” starała się powstrzymać ogniem przygotowujących się do ataku, a strzelających dotąd z rowów, w których zalegli, Niemców, od strony Skarżyska wyłoniły się dwa samochody pełne wojska. Pod ogniem rkm-u „Zapory” musiały się zatrzymać, ale Niemcy sprawnie je opuścili i zaczęli rozwijać szyk do natarcia. W tym momencie siły nieprzyjaciela przewyższały już możliwości nawiązania równorzędnej walki przez „Gryfa” i jego żołnierzy. Dowódca wśród gęstniejącej strzelaniny szybko ocenił sytuację i głośnym krzykiem wydał rozkaz: „Wycofywać się na Klonów!” Ostrzeliwując się atakującym z dwóch kierunków szosy Niemcom, żołnierze opuścili stanowiska wzdłuż rowu i zaczęli cofać się w głąb lasu, w kierunku torów kolejowych. Na wybrukowanej granitową kostką jezdni pozostały martwe ciała, ppor. „Narwia” i zastrzelonych przez partyzantów żandarmów. Niemcy na szosie ograniczyli się do strzelania w stronę lasu, ale na przekroczenie rowu i wejście miedzy drzewa nie starczyło im odwagi, mimo że z całą pewnością mieli świadomość swojej przewagi, liczebnej i ogniowej. „Gryf” i jego ludzie doszli tymczasem do brzegu lasu tuż przed linią kolejową, gotowi do jej przekroczenia. Musieli się jednak zatrzymać. Na torach, na wprost nich stał pociąg osobowy pełen niemieckich żołnierzy. Z okien wagonów rozległy się, na szczęście rzadkie, pojedyncze strzały. Odpowiedzieli ogniem. Trzej partyzanci wycofujący się z lewej strony szyku: „Komorowski”, „Leśnik” i „Rymps”, gdy rozległy się strzały z wagonów odbili w lewo, na łąki wsi Występa. Znaleźli się na otwartym terenie, doskonale widoczni przez Niemców stojących z bronią gotową do strzału na szosie. Od ich strzałów padł martwy „Rymps” (Roman Rudzki). W reszcie grupy, ostrzeliwującej się Niemcom z pociągu, młody, 17-letni „Rak” wpadł w krótkotrwałą panikę krzycząc: „Rany boskie! Teraz już po nas!” Spisaną już po wojnie relację z tej walki Paweł Stępień zatytułował: „Partyzanckie szczęście”. Rzeczywiście wycofującym się partyzantom szczęście dopisywało. Po kilku minutach dość bezładnej strzelaniny pociąg ruszył w stronę Kielc, umożliwiając oddziałowi przekroczenie torów i zapadnięcie w lasy klonowskie. Późnym wieczorem, już o zmroku, wrócono na miejsce walki i z łąki zabrano ciało poległego „Rympsa”. Zwłoki ppor. „Narwia” zabrali Niemcy, ale przekazali je granatowej policji. Policjanci oddali je plut. „Oblęgorowi” (Mikołaj Żołądek). Obydwaj polegli tego dnia żołnierze „Gryfa” zostali pochowani na cmentarzu w Zagnańsku. W lasach klonowskich „Gryf” i jego żołnierze, uczestniczący w zasadzce pod Starą Występą pozostali kilka dni, po czym powrócili do reszty oddziału w okolicy Kaniowa. Oddział „Gryfa” nadal walczył z Niemcami wspomagany przez miejscową ludność, aż wreszcie latem, kiedy nastąpiła mobilizacja sił Armii Krajowej wszedł w skład 4 pułku piechoty Armii Krajowej, jako 4 kompania. W tekście wykorzystano jeden z rozdziałów przygotowywanej monografii dowodzonych przez por. Pawła Stępnia „Gryfa”: Oddziału Dywersyjnego „Perkun” KPN i 4 kompanii 4 ppLeg. AK. Jej autorem jest Ireneusz S. Pietraszek. Akcja została odtworzona przez SRH „JODŁA” podczas widowiska „NA SZLAKU HUBALA” Samsonów 2011.
Bolączką wszystkich grup partyzanckich był brak broni. W tym przypadku okazało się, że niebywałym pomysłem wykazał się dowódca placówki w Zagnańsku. Był to sierżant Marcin Wiech ps „Mściciel”. Specjalista od skoków na niemieckie pociągi. Zdobytą w ten sposób broń i ekwipunek przekazywał na potrzeby „Gryfa”.
23 marca 1943 roku „Gryf” wraz z „Wagą”, Jan Staniec, który stał na czele Rejonu Samsonów udali się z Kołomani do Zagnańska. To właśnie tam, 50 metrów od linii kolejowej Warszawa-Kraków i 500 metrów od kościoła w domu, którego właścicielem był Piotr Wójcicki, także związany z konspiracją, mieszkał „Mściciel” wraz z żoną i rocznym synkiem Rysiem. Po zjedzeniu skromnego posiłku wszyscy trzej wyszli z domu mieli zająć się przeniesieniem zdobytej, podczas ostatniego skoku na pociąg, broni. Była godzina 15.30. Szli na przełaj, najkrótszą drogą do wsi Zachełmie, gdzie za cmentarzem miał na nich czekać „Oblęgor”, Michał Żołądek. W czwórkę mieli udać się do Belna w celu zorganizowania transportu broni. Mimo iż znali się jeszcze sprzed wojny, bowiem wszyscy trzej byli zawodowymi podoficerami i służyli w 2 pułku piechoty Legionów, nie rozmawiali przytłoczeni ostatnimi aresztowaniami. Być może ten właśnie nastrój osłabił ich czujność. Nie zauważyli, że od strony drogi Kielce-Radom zbliża sięniebezpieczeństwo. Dziś już zapewne nie dowiemy się cóż to za Niemcy pojawili się na drodze. Hipotezy są, co prawda różne, ale dokumentów potwierdzających brak. Nie to jest zresztą najważniejsze. Niektórzy dopatrują się w całym zdarzeniu zdrady, ale… Nietrudno dociec, dlaczego Niemcy zainteresowali się trójką mężczyzn. Ich ubiór w znacznym stopniu wskazywał, że są związani z wojskiem, a w tamtych czasach było to jednoznaczne z wyrokiem śmierci.
Od chwili zatrzymania Niemieckiego samochodu sytuacja potoczyła się błyskawicznie. Krzyk „Halt! Hande hoch!” zelektryzował konspiratorów. Padły pierwsze strzały. Pomimo, że odległość wynosiła ponad 100 metrów i dawała szansę na ucieczkę „Gryf” podjął decyzję: Bronimy się! Przyklękli. Wyszarpali pistolety, które poza granatami były ich jedynym uzbrojeniem. Rozpoczęła się nierówna walka. „Mściciel” nagle krzyknął: Paweł ja umieram! Jego pierwszego dosięgły niemieckie kule. Miał strzaskaną kość udową i rozerwany brzuch. Zanim którykolwiek z przyjaciół zdążył zareagować „Mściciel” wyciągnął granat i sam zakończył swoje życie. Walka jednak trwała nadal. Jeszcze nie opadł kurz, a kolejna niemiecka kula trafiła do celu. Tym razem dostał „Gryf”. Trafiony w pierś upadł krzycząc: „Waga ratuj się, jestem rany!” Ten ostatni nie myślał jednak o sobie, ale o swoim przełożonym i koledze zarazem. Wydobył granat i cisnął go w kierunku Niemców. To samo zrobił „Gryf”. To na chwilę ostudziło bojowy zapał Niemców, konspiratorom dało szansę na odskok. Postanowili się rozłączyć i uciekać na własną rękę. Na szczęście obu się to udało.Na placu pozostali jedynie Niemcy i ciało „Mściciela”. Okupanci za wszelką cenę chcieli się dowiedzieć, kogo zabili, a to mogło być powodem kolejnych nieszczęść. W podobnych sytuacjach w społeczeństwie wyzwalały się jednak kolejne pokłady solidarności. Młody chłopak z miejscowości Małe Chrusty zobaczywszy, kim jest zabity pobiegł do domu, w którym została żona „Mściciela” i powiedział jej o wszystkim. O czym myślała wtedy tak nagle owdowiała kobieta? Prawdopodobnie jak każda matka, o dziecku. Przy pomocy miejscowych przyjaciół zabrała najpotrzebniejsze rzeczy i udała się na stację Zagnańsk i wyjechała razem z dzieckiem. Kazimiera Wiechowa najpierw dotarła do swoich rodziców do Klimontowa, a następnie ukrywała się u swojej siostry w Ostrowcu Świętokrzyskim.Jej ucieczka nastąpiła prawdopodobnie w ostatniej chwili, bowiem niedługo później Niemcy wpadli do jej domu. Dowiedzieli się od jakiegoś mało rozsądnego Polaka, albo może po prostu głupiego Polaka, kim był zabity. Na szczęście to niemieckie uderzenie nie przyniosło już kolejnych strat.
Dziś niewielu mieszkańców tej ziemi pamięta o „Mścicielu” czyżby, więc jego śmierć była daremną? Kończąc tą opowieść powiem tylko, że pomimo tragedii mieszkający tu bracia „Mściciela”: Józef, pseudonim „Przepiórka” i Stanisław, pseudonim „Młot” razem z innymi konspiratorami zajęli się karabinami, które były celem wyprawy „Mściciela”. To świadczy o tym, jak broń była dla organizacji cenna. Bracia pamiętali jednak o poległym. Prawie dwa tygodnie po przedstawianych zdarzeniach „Mściciel” został nocą złożony do trumny i pochowany na cmentarzu w Zagnańsku. A „Waga” i „Gryf”? Ten pierwszy wyszedł z opresji cało i w dalszym ciągu działał w konspiracji. „Gryf” leczył się aż do maja. Wtedy wrócił na partyzancką ścieżkę.
Akcja odtworzona przez SRH "JODŁA" podczas widowiska "NA SZLAKU HUBALA" Samsonów 2011.
Nastał dzień 9 marca 1943 roku. Tego dnia w Samsonowie pojawili się Niemcy poszukujący… niewolników. Tak, szukali taniej siły roboczej, która mogłaby pracować za grosze w niemieckich zakładach produkujących na potrzeby wojska. Pracujących w niemieckich gospodarstwach rolnych, w których brakowało rąk do pracy, bowiem mężczyźni od dawna byli na froncie. Aresztowano mieszkańców Zagnańska, Janaszowa, Samsonowa. Na koniec niemiecka ekspedycja dotarła do Szałasu. Wśród aresztowanych były też osoby związane z konspiracją, ale w obliczu takiej tragedii nie to było najważniejsze. Należało za wszelką cenę uwolnić aresztowanych.
Wiadomość o aresztowaniach bardzo szybko dotarła do oddziału „Gryfa”. Ogłoszono alarm. Padł rozkaz odbicia aresztowanych. Zasadzkę urządzono na górze Brusznia przy szosie Samsonów –Odrowąż. Tędy musieli wracać Niemcy z aresztowanymi.Partyzanci podpiłowali rosnące obok drogi drzewo, które miało służyć do zablokowania drogi.Gdzieś po godzinie najpierw usłyszeli, a potem zobaczyli wracające od strony Szałasu samochody. „Gryf” wydał rozkaz przewrócenia podciętego drzewa. Drzewo jednak nie w pełni zatarasowało drogę. Pierwszy samochód próbuje go ominąć. Nie reaguje na okrzyki partyzantów. Wreszcie z obu stron padają strzały. Partyzanci strzelają tylko do samochodu z Niemcami. Karnie wypełniają rozkazy, aby nie strzelać do auta z aresztowanymi. Partyzanci otaczają ze wszystkich stron Niemców ci zaś widząc, że nie mają szansy poddają się. Partyzanci zabierają im broń. Na placu pozostaje jedynie nieruchome ciało niemieckiego podoficera. To Robert Koch.
Aresztowani z radością zeskakują z auta. Wiedzą, że zostaną w domach. Uratowali ich przecież ich leśni, ich chłopcy, z których wielu znają. Nie ma jednak czasu na czułości i podziękowania. W każdej chwil może się pojawić jakiś oddział niemiecki, a wtedy słabo uzbrojony oddział partyzancki nie miałby szans. Po odejściu partyzantów Niemcy odjechali w kierunku Kielc. Po drodze zatrzymując się jedynie przy posterunku policji w Samsonowie, gdzie rozkazali policjantowi Dulębie, aby o całym zajściu poinformował komendę w Kielcach. Franciszek Dulęba, mimo iż był policjantem od dawna współpracował z ruchem oporu. To on po całej akcji ostrzegł wszystkich, że Niemcy tak łatwo nie darują swojej porażki. Niestety miał rację.
Następnego dnia, 10 marca, Niemcy znów pojawili się z Samsonowie. Zatrzymali się przed posterunkiem policji, z którego wyciągnięto Franciszka Dulębę. Stanął pod ścianą. Po chwili przyprowadzono Antoniego Czernichowskiego. Zajął miejsce obok. Niedługo później pod ścianą znalazły się także Aniela Frydrych oraz Czesława Jasińska, żona sekretarza gminy. Tą ostatnią przyprowadzono z dwoma córkami 18-letnią Basią i 20-letnią Danusią. Kiedy wszyscy znaleźli się pod ścianą na wprost wycelowanych karabinów kobiety zaczęły krzyczeć, że są niewinne i błagać o darowanie życia. Nic to jednak nie dało. Niemcy wykonując rozkazy funkcjonariuszy Gestapo odprowadzili aresztowanych na bok. Wszyscy zginęli. Niemcy kazali ich pochować w jednej mogile obok posterunku policji. Mieszkańcy Samsonowa byli pod wrażeniem okrucieństwa Niemców. Jeden ze starszych mieszkańców Samsonowa, Franciszek Palus, – który mieszkał niedaleko od posterunku i widział tę egzekucję, nie wytrzymał psychicznie i następnego dnia odebrał sobie życie.
Akcja została odtworzona przez SRH "JODŁA" podczas widowiska "NA SZLAKU HUBALA" Samsonów 2010
G